X Pielgrzymka // Sandomierz - Jasna Góra - Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie // 20 - 28 lipca 2019

 



Matka Boża
Królowa Kaszub


 

I Pielgrzymka

PAMIĘTNIK PIELGRZYMA (ROWEROWEGO!)

 

20.06.10 - Decyzja

Dzwonię do mistrza: „Na pewno dam radę? Mam wątpliwości?!"„Wszystko w porządku, dasz radę, nie martw się! Będzie dobrze!" Jadę.


27.06.10 - Zwątpienie

Dzisiaj to miała być dla mnie próba. Przejechałam tylko 20 km - do Porytowego Wzgórza i z powrotem. Byłam wykończona. Zwątpiłam. Gdzie mnie do takich etapów, jakie podają w planie pielgrzymki! Poza tym potrzebne są zupełnie inne rzeczy niż na co dzień. Na co dzień: „starasz się o tak wiele, potrzeba tak mało". Niemożliwe, żebym dała radę. Jestem zdenerwowana i ciężko przychodzi mi pakowanie. Odkładam to do ostatniej chwili. W końcu zdecydowałam - trudno, najwyżej wrócę na własny koszt. Klamka zapadła.


28.06.10 - Wyjazd

Kazanie podczas mszy inauguracyjnej: „Zostawić wszystko i pójść za Nim". Piękne nawiązanie do moich przemyśleń. Bo tak naprawdę, choć ciągnie do wyjazdu, tyle zostaje za człowiekiem. No i jeszcze to podejście do rzeczy. To dziwne, ile człowiekowi potrzeba rzeczy, a plecak ma swoje prawa. Świetna lekcja pozbywanie się zbędnego balastu. Nagle - potrzeba tak mało... Piękne miejsca, z którymi warto się zapoznać: Brzeziny, Borów, Annopol, Ożarów. Nigdy nie pomyślałabym, że można tak wiele ciekawych miejsc mieć tak blisko. Czyżby zmieniona perspektywa? Zachwyt wnętrzami starych drewnianych kościółków. Trudno wybrać, które miejsce piękniejsze i daje więcej. Ja jednak byłabym ostatecznie za Obrazem Matki Boskiej Opiekunki Rodzin w Ożarowie. Faktycznie, chyba najwięcej z nas podąża ze sprawami rodzinnymi! Jazda zgodnie z oczekiwaniami nie dostarcza jakichś specjalnych problemów. Ilość przejechanych kilometrów-68, niewielkie pagórki... Wszystko to spowodowało, że po dotarciu do mety (piękna, wielka sala gimnastyczna w szkole podstawowej) niektórzy skorzystali z basenu, który świetnie funkcjonuje w obiekcie szkolnym. No i bez problemu odbyła się część podsumowująca dzień - apel jasnogórski.


29.06.10 - Dzień drugi: Kryzys.

W planie pobudka o 6.00; msza święta o 7.00. Wbrew oczekiwaniom okazało się, że niektórzy spać nie mogli już godzinę wcześniej. Trudno spać, gdy reszta się kręci.... Wszystkich martwi perspektywa 102 km i najcięższej trasy; przewyższenie ma wynosić 750 m! Wszystko obliczone, zapisane. Należą się słowa uznania organizatorom. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, krótki odpoczynek w Opatowie i... jedziemy dalej. Droga wydaje się coraz dłuższa, choć jedziemy zgodnie z planem. Miło wiedzieć, że w każdej chwili, kiedy coś zawiodłoby, mamy pomoc techniczną - samochód z Wojtkiem, który staje i ogląda jak wyglądamy. Daje pić i pompuje powietrze do kół. Droga dłuży się niesamowicie, bo upał się wzmaga. Kiedy straciłam już nadzieję na ujrzenie kościoła, w którym mieliśmy zaplanowany godzinny odpoczynek, okazało się, że wyjechanie ze wsi Grzegorzowice to właśnie dobry kierunek. Kościół znajdował się daleko od wsi na wysokiej górze, mało kto dał radę wjechać na nią na rowerze. Większość wybrała opcję: „rower i wprowadzający właściciel". Było jednak warto! Kościółek naprawdę wart uwagi; okazało się, że znajdują się w nim także relikwie Św. Krzyża, które mogliśmy ucałować. Destrukcyjnie, niestety, podziałała rada księdza, który stwierdził, że: „Dalsza trasa jest za długa, trwają na niej roboty i najlepiej będzie, jak na Święty Krzyż wejdziecie na piechotę". O ironio, przemawiał do nas kapelan kolarstwa polskiego(sic!). Kapelan przyjął nas naprawdę serdecznie. „Czym chata bogata tym rada"- nawet uraczył tę wielką gromadę (42 osoby) własną kawą, herbatą, smalcem i czym tam mógł, że nie wspomnę o takich rzeczach, jak możliwość skorzystania z normalnej domowej toalety. Z miłymi wrażeniami, choć mocno podminowani (może rzeczywiście lepiej w taki upał dać spokój z podjazdem?) - jedziemy dalej. Niestety, dla mnie to już wyraźny kryzys - upał niesamowity, ciągle trzeba przystawać, bo trwają roboty drogowe ; śmierdzi właśnie lanym asfaltem. Nie daję rady, czuję, że to koniec moich możliwości. Wlokę się patrząc na tych , którzy jakoś sobie radzą. Trudno-muszę spasować! Proszę Wojtka o podwiezienie kilka kilometrów. Z okna samochodu nie wygląda to aż tak źle - nie o podjazd tu raczej chodzi. Upał, długość trasy i smród asfaltu... Najgorszy etap trasy, nic dziwnego, że to właśnie przy samym podjeździe na Święty Krzyż zdarzył się upadek z roweru. Dobrze, że obyło się bez większych kontuzji - rozcięcie nogi opatrzyła ciocia Wiesia. Wbrew moim oczekiwaniom podjazd pod Święty Krzyż był dużo lepszy niż ten wcześniejszy etap. Okazało się, że droga ocieniona drzewami pozwala na podjęcie jeszcze jednego wysiłku, aby ostatecznie podejść do klasztoru. Początek - stromy-prowadzę rower, ale po chwili, kiedy zorientowałam się, że prawie wszyscy są już na górze-jadę... i dojeżdżam na czas. Okazuje się, że nawet tutaj został on przez organizatorów zaplanowany nieomal idealnie. Na początku dostaliśmy plan całej pielgrzymki z mapkami, rozpisany w kilometrach i godzinach. Okazało się, że wyrabiamy się, a nawet w wielu miejscach byliśmy trochę wcześniej.

Gospodarz Świętego Krzyża przyjął nas bardzo serdecznie. Wysłuchaliśmy tradycyjnie historii sanktuarium, ucałowaliśmy relikwie, każdy wymodlił swoje intencje. I jak zwykle nasz brat duchowny wręczył opatowi koszulkę rajdu, mapę trasy i honorowy numer, który przypinaliśmy do koszulek. Wszędzie widać było miłe zaskoczenie tymi darami. Zjechać ze Świętego Krzyża było już tylko przyjemnością. Trasa wiodła w dół, jechaliśmy całą kolumną, mniej uczęszczanymi drogami, było już po godzinie 16.00, robiło się więc coraz chłodniej. Kiedy znaleźliśmy się w szkole w Borkowie, nikt już nie pamiętał tego wielkiego trudu. Piękny zbiornik wodny obok szkoły chłodził samym widokiem. Tym razem na nocleg towarzystwo zostało podzielone - sala kobieca (jakimś cudem znaleźli się tam także dwaj mężowie, którzy, jak się okazało, nie posiadali oddzielnego bagażu), sala dla chrapiących; sala dla wcześnie wstających i dla tych, którzy lubią dospać do samej pobudki. Wieczorny apel na dworze, na którym postanowiliśmy uczcić imieniny Piotra (i Pawłów także), niestety nie obył się bez towarzystwa watahy komarów. Zaproszone na kiełbaskę dzieci z pobliskiej oazy, po odśpiewaniu paru wesołych piosenek, zbawiały się zabijaniem i łapaniem latających owadów. Po apelu nikogo nie trzeba było namawiać, by się położył. Byłam szczęśliwa, bo udało mi się zorganizować materac - tym razem było znacznie wygodniej niż na samej karimacie.


30.06.10 środa - Wspólnota

Poranna msza w kościółku w Borkowie przepięknie wkomponowanym w otaczający las, ranne rześkie powietrze, tradycyjnie ciepłe przejęcie przez proboszcza, który pojawił się już wieczorem. Obok kościoła cały wielki obiekt przeznaczony dla odpoczynku dzieci z różnych grup oazowych. Miejsce dalekie od wielkiego świata, a tak jednocześnie nowoczesne w założeniu. Pożegnani przez proboszcza i dyrekcję szkoły (dyrektorka to podobno siostra księdza), która pojawiła się, kiedy przyjechaliśmy po mszy, wyruszamy. Tym razem eskortowani jesteśmy przez patrol na motorach - czarni panowie (Jeden z przodu, jeden z tyłu peletonu) wzbudzają zrozumiałe zainteresowanie napotykanych przez nas ludzi. Trasa jest długa (102 km), odpoczynki krótkie , pojawiają się miejsca podjazdowe - te uciążliwsze i, jak niektórzy mówią, to właśnie ten trzeci dzień jest dniem kryzysowym. Ja już swój kryzys mam za sobą. Jedzie mi się dobrze. Jedziemy cały czas zwartą grupą, dopiero pod koniec trasy, gdy opuściła nas policja, dzielimy się na grupy. Na szlaku już nie spotykamy takiej życzliwości. Z trudem można znaleźć miejsca ustronne. Proboszcz udostępnia nam zaledwie dostęp do kraniku zewnętrznego z wodą, natomiast to miejsce, gdzie wskazano załatwianie swoich potrzeb, trudno by nazwać toaletą, dlatego niektórzy wybierają łono natury. Najmilszy jest odpoczynek na polanie przy leśniczówce przed Koniecpolem. Porozkładani, w cieniu na drewnianych ławach wymieniamy się wrażeniami. Tu już czuć Częstochowę, mówi jedna ze stałych uczestniczek pieszych pielgrzymek. Pod Koniecpolem zbierają się grupy idące z różnych stron do Matki Boskiej podobno to niesamowite wrażenie, zwłaszcza wieczorem - wszyscy rozkładają się w różnych miejscach, można usłyszeć też rozlegające się wszędzie pieśni i gwar rozmów. Koniecpol to miejsce mocno rozczarowujące. Przestrzegano już wcześniej, że tam może być problem! Budynek z jedną wielka salą - stół, parę ławek, a zatem dach nad głową i możliwość podania czegoś do jedzenia. Na szczęście obok przyjazne siostry udostępniły łazienkę, w której był jeden prysznic. Od razu ustawiła się kolejka. Stwierdzono, że po dwoje będzie szybciej. Odważniejsi i odporniejsi panowie zdecydowali się na zimny prysznic ze szlaufa na dworze. Podwórkowy kibelek nie był na pewno komfortowy, ale odciążył toaletę sióstr. Podobnie było ze spaniem. Dwóch odważnych postanowiło spędzić noc na trawie koło naszej sali. Na drugi dzień twierdzili, że to był najlepszy wybór. W kolejce do łazienki można było dowiedzieć się wiele. Już poznaliśmy się, w trudach wspólnej podróży przełamane zostały pierwsze lody, przyszedł czas zwierzeń. Koniecpol to dla wielu miejsce zaczarowane. "Już tu czuć jej obecność"- mówili doświadczeni pielgrzymkowicze. Choć miasteczko nie kojarzy się przyjemnie, nastroje w większości zmieniły się. Do apelu przyszykowano wiele kartek z prośbami (wcześniej pojawiało się ich zaledwie kilka). Coraz więcej zamyślonych twarzy i wyraźna życzliwość wzajemna, którą czuć było już wcześniej, ale tutaj wzmogła się jeszcze. Może to księga podziękowań, która zaczęła krążyć między nami, i wpisy w niej nanoszone budzą refleksje?! Wpis w księdze: „Pielgrzymka to spotkanie z Bogiem i ludźmi - nic wielkiego a tak wiele". Pielgrzymujemy przecież nie gdzieś (to nie wycieczka), ale po coś. I teraz stało się to namacalne.

Przecież tak naprawdę najważniejszy jest Bóg i człowiek. Rower liczy się już coraz mniej. Teraz już na pewno dojadę. Ostatni dzień jest przecież najłatwiejszy-48 km, prawie płasko. Myśli mogą wędrować w głąb siebie.


1.07.10 - U celu

To już dzisiaj! Chociaż koniec, ale nikt nie płacze z tego powodu. Teraz najważniejsze osiągnąć cel. Trudność to przede wszystkim ruchliwe drogi i przejazd przez Częstochowę. Znów dużo pracy dla naszych zabezpieczających. Zatrzymywanie pojazdów przy wjazdach na ruchliwe trasy. W Częstochowie pada komenda: „Na Alejach jedziemy czwórkami". Będzie trudno. Jest właśnie12.00- upał, dużo ludzi, ale słuchamy. Musi to wyglądać naprawdę imponująco! Dziesięć szeregów jeden za drugim. Rozdzielamy się na dwójki przy figurze Matki. Udaje nam się dotrzeć pod sam plac przed klasztorem. Schodzimy z rowerów i właściwie spontanicznie śpiewamy pieśń maryjną. Na komendę wszyscy padają na twarz i w myślach przypominają sobie po co wyruszali. Tak, to dobry sposób, aby przeanalizować jeszcze raz to, co się odbyło. No i jeszcze podziękowania - wszyscy wszystkim. Uściśnięcie dłoni niektórym nie wystarcza. Składamy rowery obok ciężarówki, którą wrócą do domu. Teraz czas na spotkanie najważniejsze. Po to przejechaliśmy ten szmat drogi. Nie wiemy nawet, że czeka nas jeszcze jedno wielkie wyróżnienie. Na uroczystą mszę wpuszczeni jesteśmy przed obraz, który właśnie jest odsłaniany. Msza konsekrowana jest z kilkoma innymi pielgrzymkami, ale wszystkich najbardziej interesuje delegacja z Chin. Te wszystkie atrakcje trochę przesłaniają mi istotę spotkania z Matką. Ale po wszystkim mamy jeszcze dużo czasu na indywidualne modlitwy i prośby. Wyjazd autokaru zabierającego nas z powrotem dopiero o18.00.


Epilog. Okazało się, że trzech śmiałków wróciło do Janowa także rowerem.

Wróciłam i ja, co prawda autokarem. Pierwszy raz na pielgrzymce tego typu. Co mówię innym? „Świetna organizacja. Wszystko przewidziane, zabezpieczone. Dacie radę, nawet jak nie jesteście super sportsmenami! Byli z nami całkiem młodzi (14lat)i w więcej niż średnim wieku (70lat). Dali radę, i to jak jeszcze!!! Rowery też były różne. Wcale nie z tych najlepszych. Oczywiście, te najlepsze wymagały mniej wysiłku, ale wcale nie jechały najlepiej". Co najważniejsze dla mnie? Przetrwałam. I odnalazłam siebie. Dziękuję wszystkim towarzyszom podróży. Ich poznanie ubogaciło mnie równie mocno, jak spotkanie na Jasnej Górze. Do zobaczenia za rok!

Joanna Czaja
Artykuł zamieszczony 23 lipca 2011 na oficjalnych stronach Janowa Lubelskiego


WSPIERAJĄ NAS:

stat4u Google+