X Pielgrzymka // Sandomierz - Jasna Góra - Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie // 20 - 28 lipca 2019

 



Matka Boża
Królowa Kaszub


 

Spotkanie w Opatowie

„W drogę z nami, rowerami wyrusz Panie.........."

Bardzo miłe spotkanie w Janowie Lubelskim u naszego seniora Ks. Jana Sobczaka. Fajnie znowu zobaczyć znajome twarze. Na spotkanie idę w przekonaniu, że w tym roku na pielgrzymkę nie pojadę........myślę......po górkach?...........przecież nie dam rady. A w trakcie spotkana przychodzi myśl o intencji........i wszystko nagle wywraca się do góry nogami............a więc jeśli Bóg pozwoli to pojadę, a jeśli nie dojadę to dojdę, ale przynajmniej spróbuję.


Zaczynamy więc powoli przygotowania........no tak ks. Piotr powiedział treningi to Chrzanów, a nie Momoty. Wyruszamy więc na górki. W towarzystwie mojej córeczki, która też bardzo chce jechać i pielgrzymkowej siostry Asi całkiem spokojnie pokonujemy pierwsze 39 km po górkach. Zajmuje nam to 2 godziny i o dziwo nie jesteśmy aż tak mocno zmęczone. Na drugi dzień żadna z nas nie ma zakwasów, a to już dobry znak. Tylko tak bardzo brak nam czasu na te treningi. Udaje nam się jeszcze wyjechać wspólnie 2 razy.... no i potwierdziłyśmy nasz udział w zgrupowaniu w Opatowie.

27 kwiecień
Jesteśmy umówione (ja, Asia i Ania) na wspólny dojazd do Opatowa z Beatą, Andrzejem i Krzyśkiem dwoma autami. Po 15 pakujemy bagaże i rowery i wyruszamy. Umówiliśmy się na „Bliskiej" skąd mamy wspólnie ruszyć. Wyjeżdżamy do Lubelskiej i pierwsze tego dnia zaskoczenie........my jedziemy w kierunku Modliborzyc.........a Werescy w przeciwnym.........no cóż poczekamy na nich na „Bliskiej".........czekamy, dzwonimy........no wreszcie udało nam się dodzwonić i w słuchawce słyszę: już wyjeżdżajcie. No więc wyjeżdżamy.........a oni tylko nam przed nosem śmignęli. W Modliborzycach zabierają brata Krzysia, więc ich wyprzedzamy..............no i kolejna niespodzianka.........na zakręcie spada nam rower...........ogromny stres.......na szczęście nic się nie stało, ale nie wiemy w jakiej kondycji jest rower po upadku z wysokości. Zatrzymujemy się na parkingu i czekamy na towarzyszy.........zawsze to faceci, bo my nie mamy pojęcia czy rower się nadaje do jazdy i czy jest po co jechać dalej. Okazuje się jednak, że Krzyś z Andrzejem z rowerem sobie poradzili...........jest sprawny więc ruszamy dalej.


Andrzej nie potrafi jeździć tak wolno jak ja więc zostawia nas w tyle.......... po jakimś czasie telefon czy się nie zgubiłyśmy i instrukcje, że na rondzie przed nami mamy skręcić w prawo..........trochę to dziwne, bo na Opatów jest prosto, ale jedziemy zgodnie z instrukcją kolegi.........no i jakież nasze ogromne zdziwienie kiedy to na kolejnym rondzie miga przed nami wracający samochód Andrzeja........no to my za nim, wróciliśmy do ronda na Opatów. Asia śmieje się, że to przejazd sentymentalny, bo tak jechali z pierwszą pielgrzymką do Częstochowy i pewnie Andrzejowi zachciało się odwiedzić stare ścieżki. Teraz już bez przeszkód docieramy do Kolegiaty w Opatowie. Super...udało nam się mimo przygód nie spóźnić na mszę. Po mszy zwiedzamy podziemia Opatowskie, do których prowadzi nas bardzo miła przewodniczka. W podziemiach jakoś nie mogę się skupić.........plącze mi się ta historia, taki wiek.......a to w tym wieku.........no i co robi na mnie największe wrażenie? Nie historia, ale „Legenda o Rywce". Potem zwiedzamy Kolegiatę, gdzie bardzo dobrze słucha się opowieści pani przewodnik.........i nachodzi mnie refleksja o przemijaniu. Nagle wpada pan Grześ i ponagla nas na kolację, bo niby miała być pół godziny temu. No więc dalsze opowieści są już przy suto, dzięki pani Eli zastawionym stole. No, no.......myślę sobie........ma ten nasz ksiądz Piotruś dar przekonywania skoro udało mu się dla nas zdobyć tyle dobrych rzeczy.


Dzień dobiega do końca więc nastawiam się, że więcej przygód nie będzie.........jestem jednak w błędzie. Ruszamy spod Kolegiaty na nocleg, rusza jakiś samochód, no to my w przekonaniu, że to nasz przewodnik jedziemy za nim.........wydaje nam się, że jedziemy zbyt długo, więc zaczynamy dywagować....przecież ks. Piotr mówił, że to 5 minut pieszo........dziwna sprawa......wyjeżdżamy prawie za miasto mając coraz więcej wątpliwości..........Asia mówi, że to chyba my pomyliłyśmy samochody i to pewnie ktoś miejscowy........no to co robimy? Zawracamy......wracamy do punku wyjścia.......Asia dzwoni do Andrzeja, ten mówi, że ktoś po nas przyjedzie, bo same nie trafimy. No to czekamy...........i co? Przyjeżdża po nas to samo auto, za którym wcześniej jechałyśmy!!!! Już sama nie wiem czy się śmiać czy płakać, ale szczęśliwie tą samą drogą, z której kilka minut wcześniej zawróciłyśmy docieramy do schroniska. Po emocjach całego dnia, najpierw nie mogę usnąć, modlitwa jest wybawieniem. Potem jednak budzę się, jest dopiero 3 w nocy. Wstaję najciszej jak umiem i idę zgasić światło na korytarzu, bo świeci mi prosto w oczy - lampa akurat nad naszymi drzwiami. Na szczęście jeszcze udaje mi się ponownie zasnąć, bo o 3 czuję się tak jakbym się tego dnia w ogóle nie kładła.

28 kwiecień
Wstajemy przed 6 rano, bo o 7 msza. Tym razem już bez kłopotów, jadąc za Wojtkiem docieramy do Kolegiaty. Msza, a po niej powitanie z nowoprzybyłymi. Dojechali z Ostrowaca Świętokrzyskiego. Cieszą nas nowe twarze, witam się ze wszystkimi, ale imion trudno mi zapamiętać.......no nic może później bardziej mi się utrwalą. Beata głośno wyraża swoje zadowolenie, które i my podzielamy, że są w grupie ostrowieckiej 3 panie, a więc jest nas - słabej płci 7. Niewiele, ale zawsze więcej niż 4. Śniadanie - znowu bardzo sute i bogato zróżnicowane, najadamy się do syta, żeby starczyło na cały dzień, tak mi się wydaje, bo jakoś nie pomyślałam, ze organizatorzy będą nas dokarmiać w czasie drogi.


No i ruszamy, jest nas ok. 40 osób, więc dzielimy się na 2 grupy. Tempo jak na początek całkiem niezłe, zaczynają się podjazdy i moje wątpliwości. Po 20 kim zaczyna mocno dogrzewać. Dojeżdżamy do stromego podjazdu, zdejmuję z siebie, co mogę zdjąć. Przewodnik Grześ ostrzega, że ci co chcą wjechać od razu ustawiają biegi 1:1, a ci co mają wątpliwość, raczej niech rowery wprowadzą i spotykamy się na górce. Bardzo mi się podoba, że tam za wzniesieniem ci o mają więcej siły poczekają na słabszych, daje mi to dużo spokoju i optymizmu, że jednak wyjadę. Kilka osób decyduje się na wprowadzenie rowerów, ale ja........wsiadam i ruszam. Na biegu 1:1, mam wrażenie, że kręcę i kręcę i stoję w miejscu, zaczynam więc jechać wężykiem i w ten sposób udaje mi się dojechać na szczyt......nie powiem, że nie jestem zmęczona, ale .........udało mi się, a to dodaje siły i wiary. Pokonujemy kolejne piękne tereny.......trasa wybrana bardzo pomysłowo ........piękne widoki, ruch bardzo niewielki, drogami krajowymi jedziemy bardzo niewiele. Kolejny dłuższy postój, trochę rozmawiam z siostrami z Ostrowca, wydają się być trochę przerażone tempem..........to ta młoda na przedzie tak goni...........potem dzielę się z Asią tą uwagą, że po taki komplement w jej kierunku to warto było jechać.


Teraz zaczyna się najgorsze.........czego ja jeszcze w tym momencie nie jestem świadoma...........Jedziemy pod górę......oj coś niedobrze.........moje dziecko zostaje z tyłu chociaż cały czas było w czołówce. Dojeżdżam do niej i mówię zmień biegi na 1:1, a ona, że tak ma i nie daje rady uciągnąć.......w pierwszej chwili myślę, że straciła już siły, ale potem spoglądam na jej tylne koło, a ona ma kapcia........niemal krzyczę do niej, że ma zsiadać z roweru chociaż ona mimo kapcia nie chce się poddać. Teraz już prawie ze złością mówię, ze ma natychmiast zejść z roweru, bo popsuje rower jadąc na obręczy. Dojeżdża do nas K. Piotr i Ania wreszcie zsiada z roweru.........zostają, a ja mozolnie jadę dalej........zerkam na licznik już 2 km pod górkę..........widzę zakręt i budzi się we mnie nadzieja, że za zakrętem będzie płasko, bo na to, że w dół już raczej nie liczę...........dojeżdżam do zakrętu........a za nim? Jeszcze większe wzniesienie..........chce mi się płakać, bo już nie mam siły, ale budzi się myśl o intencji, którą wiozę i to mnie trzyma.......... zaczynam różaniec odmawiać na palcach..........już widzę Krzyże Katyńskie..........resztką sił dojeżdżam do grupy. Beata widzi, że ledwie się trzymam i robi mi miejsce na ławce. Odpoczywam z myślą, że tak blisko celu będę musiała się poddać.........jest mi smutno i przykro, i w tym momencie odzywa się przewodnik Grzegorz, który mówi, że najgorsze 6 km podjazdu za nami, przed nami już tylko 2 i nie takie trudne. A więc mam szansę?- myślę. Wracają siły i chęć zawalczenia o te 2 ostatnie kilometry. Daję radę, wjeżdżam. Jestem tak bardzo szczęśliwa...jeszcze tylko intencję złożyć u relikwii Krzyża Świętego i cel osiągnięty. Wspólna modlitwa „Koronką do Miłosierdzia Bożego", ucałowanie relikwii, błogosławieństwo i ruszamy z powrotem. Do wyboru mamy dwie trasy, część decyduje się na sprowadzenie szlakiem - niby ma być łatwiej i krócej. A część na ostry zjazd i ponowny podjazd do góry. Waham się, bo boję się podjazdu, ale jeszcze bardziej boję się sprowadzania roweru z moimi byle jakim kolanami. Decyduję się więc na zjazd, tym bardziej, że znowu jest ustalone, że za podjazdem wszyscy czekają na ostatniego. Jadę więc......teraz myślę, że cel osiągnęłam więc jak nie dam rady pokonać ostatniego wzniesienia to zwyczajnie wejdę na nie. Faktycznie zostaję sama daleko...daleko w tyle, ale jedzie mi się tak spokojnie i tak lekko.........droga bezpieczna, bo z trasą rowerową, a gdzieś tam za rondem w kierunku na Ostrowiec wszyscy mają na mnie czekać. Nie ma przede mną nikogo więc na zjeździe dosyć mocno się rozpędzam i pokonuję wzniesienie........docieram do grupy i cieszy mnie, że nikt się na mnie nie złości........tuż za mną docierają schodzący, ci którzy wybrali drugą trasę. Podchodzi do mnie siostra z Ostrowca i z przerażeniem pyta, czy tempo na pielgrzymce ubiegłorocznej było takie jak dziś? Staram się ją uspokoić, bo przecież dziś to trudny kawałek drogi, no i nie ma autobusu, którym można podjechać. Rozumiem ją, bo ja po pierwszym wyjeździe wspólnym przed wyjazdem do Świętej Lipki też byłam psychicznie zdruzgotana.
A jednak.......przecież dałam radę.


Całą już grupą ruszamy dalej, teraz słońce już niżej i nie grzeje tak mocno. Zatrzymujemy się w Grzegorzowicach, gdzie posilamy się pysznymi pączkami, możemy się napić, odpocząć i zwiedzić kościółek z podziemną kryptą. Przed nami ostatni 20- kilometrowy odcinek. Pokonujemy go spokojnie, chociaż nie bez przygody. Jedziemy z górki dość szybko i nagle z jakiegoś gospodarstwa wypada pies i.......wpada na moje dziecko, jestem przerażona tym widokiem. Ania jednak panuje nad rowerem i udaje jej się zachować równowagę. Przewodnik bardzo się denerwuje i krzyczy na właścicielkę psa, żeby go uwiązała, bo kogoś zabije. Dojeżdżam do Ani, ale okazuje się, że tylko się wystraszyła. Ostatnie wzniesienie i przed wylotem do głównej znowu cała grupa czeka na nas. To budujące, że nas nie zostawili. Dojeżdżamy do mety, gdzie już Pani Ela czeka na nas z pysznymi łazankami i nie tylko :-). Przy kolacji rozmowy, dzielenie się wrażeniami. Żegnamy się , pakujemy rowery i ruszamy w drogę powrotną. Szczęśliwie docieramy do domu. Kilka zdań zamienionych z mężem i dosłownie padam. Budzę się w nocy i nie mogę się ruszyć, tak mnie wszystko boli...........nie wiem, która godzina, ale myślę sobie: i co rano taka obolała znowu na rower? Nie dam rady.


Już świta.........jest 6.45.........a mnie kompletnie nic nie boli.........wstaję, piję kawę i myślę: chyba trzeba na rower, ale najpierw napiszę, co przeżyłam w ciągu ostatnich dwóch dni...............bo nie wiem czy to był tylko sen? Jeżeli tak, to niech śni mi się dalej.
Pozdrawiam mocno wszystkich współ pielgrzymujących i do następnego spotkania.
Siostra Monika

Galeria Fotografii - Paweł Kara, Wiesława Surowiecka

Galeria Fotografii - Krzysztof Pikula

Galeria Fotografii - Radosław Czuba

WSPIERAJĄ NAS:

stat4u Google+